Strona główna

Muzyka
czyli coś do posłuchania i pośpiewania

Rozkład jazdy
czyli gdzie można mnie spotkać i usłyszeć

Osiągnięcia
czyli co miłego w związku ze śpiewaniem się zdarzyło

Różności
czyli przeróżne przygody moje

Filmy
czyli jak mnie widzą

Księga gości
czyli napisz, co ci w duszy gra

Skarbnica
czyli kup co mam najlepszego

Kontakt

Polecam...
Okładka - Normalnie, po babsku - audiobook
Normalnie, po babsku - audiobook

Różności

Wiatrak - Świnoujście 2002

Powrót

"I znów przeminął rok
Przeminął nie wiem jak..."

Wrzesień, dokładniej - połowa września. Jak co roku, od dwóch lat, nastała pora radosnego oczekiwania. Co prawda Roman coś tam ściemniał, że zmienił się organizator, że sponsorzy nawalają, że nie ma odzewu na maile... Ja jednak nie dałem sobie zasiać ziarna zwątpienia i z systematycznością pociągu relacji W-wa - Małkinia wierciłem mu przysłowiową dziurę w brzuchu. Podejrzewam nawet, że w pewnym momencie mógł już mnie mieć dosyć. W końcu, na tydzień przed terminem Roman powiedział, że ma dla mnie dobrą wiadomość: JEDZIEMY, jak zwykle w piątek, jak zwykle o 8.10 z przesiadką w Szczecinie - Dąbiu. Jedziemy na WIATRAK!!!
    To już trzeci raz, jak odwiedzamy razem (sami, samiusieńcy - bez kobiet, znajomych itp.) festiwal Poręby. Impreza przaśna, trzydniowa, choć jej kwintesencją (od 4 lat) jest sobotni rejs połączony z koncertowaniem na pokładzie promu. W 2000 byliśmy w Danii, w Roene - prześliczne miasto, wspaniały rejs, w sumie - niezapomniane przeżycie. W zeszłym roku (głównie z powodów finansowych) nastąpiła zmiana planów i podzielono towarzystwo na dwa promy: Renatę i Berlin, którymi podążyliśmy radośnie przez Zalew Szczeciński do Ueckermunde (to już w Niemczech). Tak samo miało być w tym roku.
    Nastał w końcu piątek, choć dla mnie nastawał on już parokrotnie w ciągu nocy - znacie to uczucie, nie? Wreszcie 6.30, biegusiem do łazienki, mycie, ubieranie, szybkie pakowanie i wio do tramwaju, bo o 7.40 umówiłem się u Romana pod domem. Oczywiście byłem o 10 minut za wcześnie i zastałem go spożywającego ze stoickim spokojem kanapeczkę. Taaaa, ten to ma nerwy - jeszcze mnie ochrzanił, że nie daję mu spokojnie zjeść. W końcu zjadł, spakował się, pożegnał z Magdą i Juzewem i ruszyliśmy radosnym kurcgalopkiem w stronę dworca. Nabyliśmy bilet, coś do picia i czytania, no i w końcu zapakowaliśmy się do pociągu - przed nami prawie 6 godzin jazdy, ale co tam, nie takie rzeczy my już robili! Droga - jak to droga, jakoś zleciała. W końcu pociąg zatrzymał się, a my po opuszczeniu jego śmierdolącego wnętrza ujrzeliśmy odbijającego właśnie od nabrzeża Bielika, przemykającego obok nas Marka Szurawskiego i machających do nas łapkami ludków z "Latającego Holendra". To jest nas już pięcioro.
    Przeprawiliśmy się promem do Świnoujścia i dalej, z buta (a co, twardzi jesteśmy) do Domu Kultury. Roman jak co roku oczywiście pomylił drogę... Gdyby nie moja interwencja pewnie przekroczylibyśmy lądową granicę z Niemcami. Dobiliśmy do celu, tu krótka rejestracja, odbiór gadżetów, uściśnięcie łapki paru znajomym i... NIESPODZIANKA!!! Na tegoroczny festiwal przyjechał Leo Gillespie - tramp, który urodził się w Irlandii, mieszkał w USA, Szwecji i bodaj Szkocji, a ostatnio wrócił z Kambodży. Człowiek obdarzony fenomenalnym głosem (w moim mniemaniu, oczywiście), śpiewający swoje autorskie piosenki, w tym moją ulubioną - "It's good to see you" i charakteryzujący się nieodłącznym beretem. Poznał nas (znaczy - bardziej pewnie Romka, ale muszę się dowartościować), podszedł się przywitać i pogadać. Szło to tak sobie, bo biegle po angielsku to żaden z nas nie gada, a tego dnia byliśmy jeszcze "o suchym pysku" - wieczorne pogwarki z Leo szły nam zdecydowanie, HEP!, lepiej, tego.
    Część konkursową sobie troszkę odpuściliśmy, bo włączyło nam się ssanie, a i gardła przepłukać czas był najwyższy - w barku Domu Kultury zlikwidowano w tym roku piwo (pogłupieli? przecież to festiwal piosenki szantowej!). Pokrzepieni na ciele wróciliśmy w samą porę aby pogadać z napotkanymi znajomymi i dać Romkowi czas na przygotowanie do występu w Porębowym "Wieczorze szantowym". Ale się tam działo! "Stare Dzwony", Leo Gillespi, P. Mordalski, W. Mieczkowski, G. Tyszkiewicz -"Guru", "DNA", Stan Iwan i, oczywiście Roman Roczeń (Polska). Oj, było czego posłuchać. Zakończenie koncertu tradycyjne - "Pożegnanie Liverpoolu" w wersji "all hands on deck". Potem jeszcze krótki spacerek większą grupką do "Domu Rybaka", krótka wymiana zdań z panią na portierni i lulu.
    Pobudka bladym świtem (coś koło 7.00) i hajda na prom. Nas, jak wszystkie mniejsze ekipy - większe zespoły grały na Berlinie, bo tam mieli dużą scenę - zaokrętowano na Renatę (taki większy stateczek spacerowy). Usiedliśmy na pokładzie widokowym, zapalilim, pogadalim i nagle coś zawarczało, zatrzęsło i keja portu w Świnoujściu zaczęła się oddalać. Nie żeby specjalnie szybko, ale te parę węzłów w końcu robiliśmy. Szybkie śniadanko (tequila z cytrynką + kawa) i jesteśmy gotowi do działania. Nastrój był tym lepszy, że pogoda była piękna: słoneczko, lekki wiaterek i cieplutko. I znowu Roman mnie zaskoczył, otóż podjął męską decyzję: ZERO piwa! I w sumie miał rację - raczyliśmy się godnym "Jasiem Wędrowniczkiem" zakupionym w sklepie wolnocłowym... Wreszcie coś się zaczęło dziać przy barze: po tradycyjnym podziękowaniu dla sponsorów i ogłoszeniach parafialnych ruszyło granie. Na początek "Stare Dzwony", ech, ci to potrafią - poezja! Potem poszło samo: Stan Iwan, Leo Gillespi (USA), P. Mordalski, G. Tyszkiewicz - o R.R. to chyba wspominać nie muszę - sprawa oczywista. Przy okazji jego grania potwierdziła się obiegowa opinia o "Sally" - to faktycznie jest "pieśń masowego rażenia", do tego stopnia, że nawet osoby nie znające tekstu radośnie porykiwały. I tak przez całą drogę do "Rzeszy". Przybiliśmy do portu w Ueckermunde i nastąpił podział na dwie grupy: pierwsza udała się do miasteczka, a druga pozostała na promach racząc się grillowanymi specjałami przyrządzanymi na "Berlinie". Po godzinnym postoju i nieco skomplikowanym manewrze wykręcenia "Renatą" w wąskim kanale rozpoczęliśmy odwrót na "z góry upatrzone pozycje". Osiągnęliśmy je w doskonałych humorach, pomimo już padającego deszczu (ci na "Berlinie" to mieli jazdę - to takie cudo, które ma, i owszem, kadłub, wysokie nadbudówki na burtach, mostek i gołe niebo nad głową), około 17.30. Czasu było tyle, że załapaliśmy jeszcze godzinkę snu przed nocnymi koncertami, tym bardziej, że Romek w nocy nie dospał - twierdził, że budził go chyba tupot białych mew czy coś takiego...
    Po drzemce taksóweczką (a co, ma się tę klasę!) podjechaliśmy pod muszlę koncertową. Deszcz na chwilę dał za wygraną. Jak się potem okazało chwila trwała pół godziny... Nieważne - nikt nie mówił, że będzie lekko. Z muszli podjechaliśmy do sceny w porcie. Deszcz już tak nap..., tego, padał, że, ku ogólnemu zmartwieniu, koncert przerwano. Roman stanął na wysokości zadania i przeniósł imprezę pod parasole jakiegoś browaru. Zagrał unplugged i jak mu to wyszło to chyba nie muszę opisywać - wystarczy zajrzeć do "Księgi gości" na jego stronce. Zaskoczyło mnie tylko, że o ile towarzystwo znało "Missouri", "Sally" czy inne jego kawałki o tyle pociągnięcie "a capella" "Gejtaw" sprawiło im niejakie problemy. Zwłaszcza ze znajomością tekstu... Dziwne, przecież to była pierwsza szanta, którą usłyszałem (jakieś 20 lat temu) i od której zaczęła się moja sympatia dla pieśni pracy - myślałem, że zna ją każdy, a tu - patrz pan - lekkie zdziwko. Po zakończeniu porykiwań parasolowych Roman załapał się jeszcze na jakiś wywiad i udaliśmy się, marynarskim krokiem, na zaprzyjaźniony jacht. Tam chłopaki, pomimo wcześniejszych zaproszeń, oświadczyli, że idą oglądać Michalczewskiego czy innego fachurę od walenia po ryju i zaproponowali nam bądź pójście z nimi bądź też poczekanie na jachcie... Ich wybór - mamy demokrację - skoro wolą oglądać zapoconych mięśniaków oklepujących sobie twarze zamiast posłuchać i pośpiewać wieczorem na jachcie, to... W takiej sytuacji Roman obrał kurs na dom i tam zbazowaliśmy kończąc ten, jakże pracowity, dzień.
    O poranku Spakowaliśmy się, zdaliśmy klucze i poszliśmy na poranną kawę. Podobne plany miał widać Leo, bo spotkaliśmy go w jedynej w pobliżu hotelu czynnej knajpce. Pogadaliśmy chwil parę, Roman wymienił się z nim adresami mailowymi i po serdecznym pożegnaniu udaliśmy się na prom. Świnoujście żegnało nas chłodem i deszczem - przynajmniej niespecjalnie żałowaliśmy, że wyjeżdżamy. W pociągu to mi już się chciało do domu, Romanowi też - w końcu "w porcie" wypatrywały nas nasze kobiety...
Wiem jedno: nieważne czy z Romkiem czy bez, w przyszłym roku będę starał się pojechać na Wiatrak, nad czym i Wam proponuję się zastanowić.

Powrót


Opieka nad stroną - Marcin Cały | Projekt graficzny - InColor Roman Jankowski